To był udany wypad do Lasu Miejskiego w Olsztynie, choć dopiero przed chwilą, czyli po kilku godzinach, przestała mnie boleć głowa. Dosyć solidnie pierdyknęłam z hopy jednej, co to właściwie hopą wcale nie jest. Niewyprofilowana taka do skakania na desce, do tego mało na niej śniegu, więc niedziwne, że snowboard utknął mi pomiędzy dwiema deskami, a tułów poleciał do przodu, ugh! A właściwie AŁA!
Na szczęście „mroczki” (nie, nie bracia…) pojawiły się dopiero pół godziny po upadku, a łebek rozbolał dopiero kolejne 30 minut później. Miałam więc czas zareagować, a wcześniej pośmiać się z naszych „genialnych” pomysłów. „Naszych”, bo właściwie to Maciej wyciągnął mnie do lasu 🙂 Kochany mój! On wie, że mnie „nosi” i potrzebuję moje ADHD gdzieś spożytkować od czasu, do czasu, najlepiej na desce.
Plan był taki, żeby zjechać Bike Park Wąwozem , który, jak sama nazwa mówi, stworzony jest do jazdy na rowerze. Ba!, do tego konkretnie do kolarstwa grawitacyjnego. Ale co tam?! Kto, jak nie my? Kiedy, jak nie teraz? 🙂
Moje mięśnie, które jeśli całkiem nie zanikły podczas ciąży, to na pewno mocno się rozleniwiły, dostały teraz sporej dawki endorfin. Nie była to szczególnie finezyjna jazda, ale nie o nią chodziło. Pośmialiśmy się, spędziliśmy czas rodzinnie i nakręciliśmy kilka efektownych ujęć w urokliwych okolicznościach przyrody, włącznie z moją glebą. Opublikuję krótki „movie edit” w zakładce Vlog już wkrótce.
Po zachariaszkowym pikniku (bo przecież pór niemowlęcych posiłków trzeba przestrzegać, nawet jeśli się jest w zasypanym śniegiem lesie :D), udało się jeszcze skoczyć do pobliskich Kieźlin na rekonesans. Już wkrótce zatem także, jeśli zimowa aura pozwoli, wybierzemy się na kolejną snowboardową przygodę. Tym razem do snowparku .
No! Ależ to było dobre!
P.S. Ano, nie mam fot z jazdy, zabrakło fotografa. Maciej i tak dzielnie połączył „tatusiowanie” ze sztuką operatorską 🙂







