Jest środek nocy, a ja karmię piersią mojego 15-miesięcznego Zac’a. Niejedna matka oburzy się: tak długo karmisz?!, w nocy?!, zęby mu się zepsują!. Jadę z Zachariaszem w wózku, samochód u mechanika, więc Z spędza w wózku więcej czasu, niż zwykle…, marudzi, więc wyjmuję go, pozwalam pospacerować, biorę na ręce, wkładam do nosidła, idziemy dalej. Niejednokrotnie zasypia w nosidełku i przekładam go z powrotem do wózka, jeżeli mamy do przejścia jeszcze jakiś kawałek. Niejedna mama powie: rozpieszczasz go, dajesz mu rządzić… To mój wybór. Wybór kochającej mamy. Jest mi z tym dobrze. Jest mi dobrze z RODZICIELSTWEM BLISKOŚCI, bo okazało się, że tak się nazywa to, co robię 🙂
Na wiele spraw nie mam wpływu, wiele przelatuje przez palce, sporo spraw odkładam na później, bo zwyczajnie nie ogarniam wszystkiego tak, jak to sobie wymarzyłam. Fakt – mam wobec siebie wysokie wymagania (stąd dużo wymagam też od innych). Jedno jednak czuję, jednego nie przestaję praktykować w tym chaosie – jestem czujną, kochającą mamą.
Każdy rodzic ma prawo wyboru. Nie trzeba karmić piersią przez 2 lata, ani … np. prasować wszystkich dziecięcych ubranek, tudzież NIGDY nie dawać dziecku czekolady. Każdy ma swój „złoty środek”, swoją granicę wrażliwości, akceptowalny balans. KAŻDY. Dziecko także. Ono nie jest naszą własnością, ale na początku jego życia, jesteśmy dla niego całym światem. No i tu od razu zarzucę moje ulubione porównanie a propos usamodzielniania, tudzież „psucia” dzieci bliskością albo „zbyt silną” więzią… Jak jesteśmy najedzeni, nie szukamy jedzenia <!>. Ot co. Dlatego mam zamiar karmić Zac’a bliskością „po kokardę” 🙂 Wrażliwe dziecko trudniej dopasowuje się do „zachcianek”, rytmu życia rodziców. Jednak wszystko jest możliwe. Prawda jest jednak taka, że jeśli ktoś ma ochotę przebalować życie w nocnych klubach, na zakrapianych imprezach albo chce spać rano do 11-ej, bo inaczej jest złość, irytacja, wyrzuty, lepiej niech nie porywa się na DZIECKO. Ono marudzi, płacze, domaga się uwagi, budzi się w środku nocy, krzyczy, tupie nogami, ale także rozbrajająco się uśmiecha, rozkosznie gaworzy, pociesznie biega, wzruszająco się przytula i daje buziaki, a do tego każdy dzień jego życia to milowy krok w rozwoju. KAŻDY. Jeśli więc któryś z tych dni jest pełen płaczu, nerwów, złości, rezerwy szantażu, to zakłóca jego harmonijny rozwój, a na pewno ma wpływ na postrzeganie świata. Oczywiście dzieci właśnie w ten sposób uczą się sztuki przetrwania – na naszych słabościach, podczas naszych tzw. „gorszych dni”, ale ich życie nie musi zbyt wcześnie stać się poligonem, tudzież wyprawą SURVIVALową. Nie o to chodzi.
Każdemu zdarza się, że nie ma siły, że wpada w „dołek”, że chciałby schować się pod kołdrę i spod niej nie wychodzić. Mnie też. Będąc samotną mamą wszędobylskiego Zachariasza mało mam możliwości, żeby upajać się tymi gorszymi chwilami. Nie lubię tego obrazka samej siebie, kiedy Zac miałby patrzeć jak nie mogę się pozbierać i wszystko byłobyt problemem. Zbieram się więc w sobie i czerpię siłę z bezgranicznej miłości do dziecka. Nie zawsze jest sielankowo. Jednak udaje mi się kolorować świat Zachariasza na pozytywne kolory.
Zac jest wrażliwcem. Jeżeli kierować się
podziałem Tracy Hogg, mój syn jest wrażliwy i wyjątkowo wyraźnie odbiera wszystkie bodźce – nastroje, sytuacje, dźwięki, kolory. Kiedyś myślałam, że jest „średniaczkiem”, bo od początku naszego wspólnego życia był raczej pogodny i mało płakał. Teraz jednak widzę, że to nie zasługa jego cech wrodzonych, ale mojego uważnego słuchania i odbierania jego sygnałów. Z wrażliwego niemowlęcia, Zachariasz stał się energicznym małym dzieckiem. ENERGICZNY to określenie z podziału Harveya Karpa. Są jeszcze określenia NIEŚMIAŁY i NA LUZIE. Zac nie jest na luzie. Bliskie są mu ekstremalne stany emocjonalne, choć staram się pielęgnować jego umiejętność wyciszania się i opanowania złości oraz innych silnych emocji. Wychodzi nam całkiem nieźle, bo jesteśmy przecież ze sobą blisko. Po raz kolejny w swoim życiu, przekładam słabość – bycie samotną mamą, emocjonalność moją i Z, w siłę – bliskość, więź, bycie razem, na które już nigdy nie będzie tyle czasu.
Życie tej postawy nie ułatwia. Społeczne/powszechne postrzeganie rodziny, matki, dziecka nie podoba mi się. Dziecko jest uważane za nieznośne. Należy je zostawiać w domu albo w żłobku. Zbytnie przejmowanie się komunikatami, które chce przekazać jest uważane za beznadziejne rozpieszczanie i „psucie”. No do cholery jasnej! Spójrzmy w końcu na to, że dzieci to ludzie, tylko bardzo mali, czasem prymitywni, niczym jaskiniowcy, mówią obcym językiem, którego jednak można się nauczyć. Język DZIECIĘCY jest intuicyjny, ale my wolimy nasze dorosłe, wyszukane wymądrzanie się. Bo tak nam łatwiej. Jest to zrozumiałe. Nie mam zamiaru tu nikogo zawstydzać, ani negować metod wychowawczych. Nie mam do tego prawa. Są jednak sytuacje, gdzie gryzę się w język, żeby nie zwrócić uwagi „matce” jednej z drugą, które to lezą pchając wózek na przykład po Starym Mieście (czyli pełen lans), a dzieciątko się w wózku zanosi od płaczu. Rozpoznaję płacz noworodka. Serce się kraje. Moje serce! A serce JEGO matki?! Ona pcha wózek, czasem DYNAMICZNIE nim potrząsając. Wczoraj spojrzałam do wózka akurat jak takie potrząsanie miało miejsce. No, normalnie trzęsienie ziemi! Ech. Mnie też się zdarzało tak robić. Dlatego poczytałam, wzięłam dziecko do chusty, przytuliłam… Dzieci nie robią nam na złość. One się komunikują.
Karmienie. Czy nam ktoś mówi kiedy jesteśmy głodni? Ktoś nam rozkazuje, kiedy mamy chcieć się przytulić? NIE. Dlatego ja też nie wydaję takich poleceń mojemu synkowi. On i tak chłonie niczym gąbka pewne zachowania i nawyki. To naturalne. Właśnie. One (dzieci) są jak gąbka. Widzą i odbierają wszystko. Nasze nerwy, strach, smutek, chaos… Zwykle właśnie te negatywne sytuacje i zachowania zapadają im w pamięć najlepiej. Dlatego te pozytywne należy jeszcze mocniej utrwalać. Poza tym, jeśli uśmiech naszego dziecka nie dodaje nam energii na resztę dnia, to coś jest z nami nie tak i najlepiej zwrócić się do kogoś o pomoc.
Siostra Ania,
Harvey Karp,
Państwo Sears – za ich porady ręczę 🙂 Na pewno są jeszcze inni – lekarze, położne, celebryci, którzy bliskość z dzieckiem uważają za tak naturalne, jak to, że słońce świeci.
 |
| matka pracuje, Zac śpi |
No i są też tacy, których to zwyczajnie denerwuje. Bo sami tak nie mają, bo czegoś im w życiu brakuje, bo lepiej szukać winnych wokół, niż najpierw ogarnąć samego siebie. Bo jak się zrzuci winę na kogoś innego, to człowiekowi lżej się na duszy robi. Niestety tak mnóstwo ludzi ma, nieprawdaż? Ochyda.
Na przykładzie? Nieeee, bo się poobrażają i znowu ktoś coś źle zrozumie… Wcale nie chcę wkładać kija w mrowisko. Sprawa wygląda tak – jeden ma fochy i jest to wkurzające, innemu brzydko pachnie z buzi i to doprowadza do szału jego rozmówców, ktoś inny nadmiernie się poci, jedna taka używa za dużo perfum …, a ja mam dziecko. Tak to widzę. A jak się jest dobrym i fajnym, to i focha czasem można mieć. Wtedy się go wybacza. Ja już fochów nie strzelam. Teraz jestem mamą.

Staram się tu delikatnie zobrazować jak bardzo osoba zadowolona z siebie, ciesząca się każdym dniem, matka, nie afiszująca się ze swoimi problemami, a wręcz przeciwnie często robiąca dobrą minę do złej gry, by nie wzbudzać niepotrzebnego niepokoju, miewa „pod górkę”. Dużo wygodniej (innym) by było, gdybym użalała się nad sobą, opowiadała jak mi ciężko i dlaczego (czego celowo tu nie zrobię, BO NIE). Do tego powinnam dorzucić lekką depresję z powodu stalkera i wtedy tolerancja niektórych ludzi w moim otoczeniu może by się zwiększyła, a może nawet ktoś z tych naburmuszonych zaoferowałby pomoc. Tylko, że ja taka nie jestem. Wolę działać sama, z najbliższymi, którzy temat znają, mam syndrom Polyanny, nakręcam się tymi dobrymi ludźmi wokół, a nie „hejterami”. Wiem, że skoro jest „pod górkę”, zaraz będzie „z górki”. Pewnie, że robi mi się przykro, gdy przypomnę sobie, że „obrabianie mego tyłka” za plecami to norma, że będąc sobą, prowokuję i wzbudzam skrajne emocje. Taki już los EXTREmamy 🙂 Dziękuję tym, którzy wykazują się wrażliwością, delikatnością i zadają sobie trud, żeby odpowiednio dobrać słowa i zwrócić mi uwagę, gdy coś nie gra. Nie muszą się ze mną „cackać”, jednak wiedzą, że macierzyństwo to szczególny stan i należy mieć go na uwadze. Każda naprawdę kochająca swoje dziecko matka będzie bronić go niczym lwica, do utraty tchu. Pewnie, że warto być obiektywnym, a to, w tym temacie, bywa trudne. Często jednak warto spotkać się w połowie drogi i nie oceniać, gdy nie zna się sytuacji. Na pewno warto też w pierwszej kolejności spojrzeć na siebie i najpierw w sobie zlikwidować te złośliwe, denerwujące, niepokojące, przeszkadzające cechy … Może się okazać, że potem nie bedzie trzeba zmieniać w innych ludziach już nic. Sprawdziłam. Działa.
 |
| coś dla frustratów 😛 |
 |
| coś dla świadomych frustratów 🙂 |
przeczytali: 1 624
Ale się rozpisała, chyba ktoś konkretnie zalazł Ci za skórę. Rozumiem Cię doskonale mimo, że wychowuję Antonię inaczej niż Ty ale to zawsze zależy od danego trybu życia. Każdy jest inny, inaczej funkcjonuje to też inaczej wychowuje dzieci. Grunt to potrafić czasami spojrzeć na siebie krytycznie. Zawsze się boję, że będę zachwalać pod niebiosa swoją córkę, że robi już to i śmo, że jest nie wiadomo jaka mądra bo pamiętam jak mnie zawsze to u innych wkurzało. Zawsze się znajdą idealni rodzice, którzy będą krytykować. Wiem jedno, bardzo dużo musi Cię kosztować pogodzenie pracy z wychowaniem Z ale dajesz radę a dzięki temu On zawsze jest przy Tobie i nie czuję tęsknoty 🙂
najważniejsze to zdać się na własną kochającą intuicję 🙂 Ty robisz to inaczej, a ja wiem, że Tosia jest szczęśliwa 🙂
Dokładnie 🙂
Od niedawna obserwuję Twojego bloga i mimo, że generalnie raczej rzadko piszę komentarze, post ten wzbudził we mnie złość, którą warto się podzielić! 🙂
Taka domena ludzka- szczególnie naszego kraju, że kiedy ktoś robi cokolwiek ciekawszego niż narzekanie a jeszcze (nie daj Boże!) publicznie o tym mówi, znajdzie się wokół więcej wszechwiedzących hejterów niż zwolenników popychających działanie do przodu- ale wiem, że to wiesz! 🙂
Dlatego to co chcę przekazać to fakt, że choć jeszcze nie mam dzieci, obserwując to jak wychowuje się Zac, dostaję wielką motywację do tego żeby dążyć uparcie od ułożenia życia po swojemu- inaczej niż wskazuje schemat zgodny z oczekiwaniami rzeszy ludzi niezadowolonych. Tak żeby mając dziecko móc godzić pracę z pokazywaniem mu świata zamiast tęsknienia za nim gdy jest w żłobku i pałaniu nienawiścią do mam, którym udało się to zorganizować inaczej.
Jesteście z Zachariaszem świetnym duetem, który inspiruje wiele osób, o których nawet nie wiecie- jestem tego absolutnie pewna!
Trzymam kciuki za Wasze kolejne przygody! 🙂
nawet nie wiesz ile Twój komentarz dla mnei znaczy 🙂 dziękuję 🙂
Czytając Twój post uświadomiłam sobie, że ja także praktykuję rodzicielstwo bliskości 🙂 Czasami jest lepiej, czasem gorzej. Ale najważniejszej rzeczy się już nauczyłam. Panować nad moją wybuchowością i nerwami. Bo to nic nie daje, a czasem nawet przynosi zły efekt. Nie chcę żeby mój mały widział mnie taką. Wolę jak jesteśmy razem uśmiechnięci i szczęśliwi, bo wtedy doskonale się rozumiemy na wzajem.
i ja 😉 hehe od 4 lat 😉
pamiętam moje zdziwienie jak się dowiedziałam ze jak daję dziecku jeść samemu to się nazywa BLW 😉