Bój się Boga, Boski!

20 marca 2013

…ten tylko się dowie…

20 marca 2013

Post o czym innym

20 marca 2013
empty image

To zadziwiające jak trudno jest mi skupić myśli na jednej sprawie. Moja zmęczona głowa płata mi figle i przez to, że chcę zrobić tyyyyyle rzeczy, nie robię nic. Albo robię coś „na pół gwizdka”. Albo nie w tej kolejności co trzeba. Albo w żadnej kolejności, bo wszystko na raz. Nie lubię tak „na pół gwizdka”. Zdecydowanie. Ja – Lidia – robię wszystko na 200% albo wcale. Tak, to jest, zdaje się, mój problem. Nawet teraz, kiedy wiem o czym chcę pisać, wkrada się milion dygresyjnych, tudzież „pomocniczych”, myśli, które potrzebują znaleźć swoje miejsce czarno na białym. Mam się ja z tym swoim zrytym beretem. Ugh!

To nie jest tak, że wciąż mi mało. Jest mi cudownie. Tak jest pewnie każdej szczęśliwej, bo zakochanej we własnym dziecku, mamie. Mimo to, chciałabym, żeby każda sfera mojego życia była taka wspaniała jak mój syn. Dlatego: chcę zdrowo jeść (poniekąd też dla niego), dbać o swoje ciało i psychikę (to bardzo złożone pragnienie-przyznaję…), kochać beztrosko Macieja mego/naszego niesfornego (kolejność „CHCIANEK” jest całkowicie przypadkowa!), rozwijać talenty Zachariasza jak się tylko da i uda, szkolić Boskiego pozytywnymi metodami, zająć się swoim wiecznym katarem, wysypiać się choć czasem i choć trochę… I tak wyliczać enigmatycznie bym mogła dłuuugo. Tymczasem prawda jest taka, że nie mam czasu nawet na to wyliczanie. Dociera do mnie, że zamiast wyliczać powinnam DZIAŁAĆ. Jak to było? THOUGHT WITHOUT ACTION LEADS TO DELUSION. To jedna z wielu błyskotliwych myśli Robina Sharmy, którego sposób rozumowania trafia do mnie bardzo, oj bardzo. (to, że trafia nie znaczy, że jakoś bardzo sumiennie żyję według jego wytycznych…:D)

Czy ten mój codzienny niedosyt to kwestia wyjątkowo beznadziejnej organizacji czasu? Może raczej wygórowanych wymagań odnośnie godzinowej pojemności doby? …no i przeceniania własnej wydolności zapewne… Nie lubię się przyznawać, że czegoś nie daję rady zrobić. Nawet przed samą sobą. Uczę się tego, bo okazuje się to być umiejętnością nie do przecenienia, oby nie nieosiągalną. To przyznawanie się oczywiście, a nie bycie robocopem.

W związku z tym, zanim wezmę się za reorganizowanie codzienności, co by mieć z niej jeszcze więcej frajdy, udam się najpierw do pana doktora naszego kochanego i zrobię badania krwi, bo jakoś nadmiernie padam na pyshtchek ostatnimi czasy. Jak już okaże się, żem zdrowa, tylko niewyspana, od razu energii mi przybędzie. Przeca połowa sukcesu to w większości spraw GŁOWA 🙂 To tutaj to (to zapisanie tego w sensie) próba ustalenia kolejności i ważności.

Co ja jednak pocznę, gdy zapragnąwszy zrealizować swoje zupełnie zwyczajne plany (jak już okaże się, że nie muszę robić kolejnych badań, bo te pierwsze wyjdą dobrze) np. napisać maila do TV, postu na blogu, zmontować materiał dla Siostry Ani, poćwiczyć z Boskim komendy przy klikerze, zorientuję się, że najpierw potrzebuję kupić pieluchy (a więc należy się po nie udać do sklepu, najlepiej takiego, gdzie można je nabyć po rozsądnej cenie), ugotować pożywny i zdrowy obiad, który wpisuje się w metodę BLW czyli może go zjeść także 8-miesięczny bobas, włączyć pranie – najpierw je namoczyć, a potem rozwiesić i wyprasować…itp…? Oczywiście przewartościuję swój ambitny plan przebojowej matki i pisanie/montowanie/pracowanie wpiszę do planu na jutro, bo przecież „jutro też jest dzień”. Może ten jutrzejszy będzie dłuższy, a ja nie zacznę ziewać zaraz po byciu obudzoną o 6ej rano przez Boskiego domagającego się długaśnego spaceru, koniecznie z rzucaniem piłeczki i smakołykami jako nagrodami. Tja.

Przewartościowuję … także teraz. Chętnie bym napisała w końcu jakiś najprawdziwszy, zabawny felieton np. o wyjściu na spacer z moją „dynamiczną” ferajną. Zamiast tego, pójdę przytulić się do Zacka, który zapewne przyklei się do cycka, i zaśniemy razem, ja na chwilę. Za 6 godzin pobudka.

BTW Zac skończył dziś 8 miesięcy!!!! Nieźle co? 🙂

Leave a comment