No i sporo się wyjaśniło. Damn! Jeszcze nie wszystko, ale przynajmniej wiem, w którą stronę szukać. Nie będzie to łatwe poszukiwanie, bo czeka mnie starcie z polską służbą zdrowia. Okropnie jest przystępować do batalii z takim nastawieniem, ale przecież codzienność, realia i zasłyszane historie nie pozwalają myśleć w tej kwestii szczególnie pozytywnie. Może się przydać trochę sprytu lub cwaniactwa, tudzież aktorstwo, więc nie należy od razu odpuszczać z grobową miną.
Ważne – chcę być zdrowa, bo nie lubię siebie chorej. A jak się siebie nie lubi, to się jest wrednym i smutnym. A wredna i smutna mama to niefajna mama (i żona). Taka motywacja wystarczy.
A o co cho? No o to moje zmęczenie. Okazuje się, że nie jest to tylko niewyspanie, wyczerpanie nadmiarem wrażeń czy obowiązków. Winowajcą mojego dosłownie zasypiania przy kompie i właściwie w każdym momencie jest baaaardzo niski poziom TSH. Kto wie, ten wie, o co chodzi, a kto nie wie, wystarczy napisać, że mam najprawdopodobniej nadczynność tarczycy. Objawia się to cholerstwo zmęczeniem właśnie, zwiększonym apetytem, spadkiem wagi, nerwowością, rozedrganiem itp. Generalnie wredotą i słabowitością. Ochyda!
Warto tu zauważyć, że jest to przypadłość wyjątkowo złośliwa sama w swej istocie. No bo trudno wyobrazić sobie schorzenie bardziej upierdliwe dla matki karmiącej rozkosznie energicznego 8-miesięcznego chłopczyka, który kumpluje się z niepoprawnie rozrywkowym szczeniakiem. A obiady? a sprzątanie? A blog? A praca? A dbanie o formę? A mężczyzna mój ukochany? Dokładnie. Tylko tej f***ing nadczynności mi brakowało! No to jest choróbsko niechciane:(
Wygląda to zatem tak, że gdy otwieram rano (a jest to zwykle około 6:30) oczy jest całkiem nieźle, bo witają mnie bystre oczka Zachariaszka, który wędruje radośnie po naszym łóżku. Włączam więc czujność, co by huncwot nie spadł. Tu o swej obecności przypomina Boski, który usłyszawszy odgłosy rozpoczęcia dnia, uważa, że to doskonały moment, by NATYCHMIAST być pogłaskanym, wytarmoszonym i wyprowadzonym na spacer, oczywiście najlepiej z niekończącym się rzucaniem piłeczki. Tja. Zaciskam zęby i olewam Boskiego, zajmując się w pierwszej kolejności Zaczkiem. Gdy w końcu mały ląduje w swoim łóżeczku (bo z niego nie wyjdzie i ma ograniczone pole do zrobienia sobie krzywdy), w towarzystwie elektronicznej niani, mogę na kilka minut wyjść z Boskim przed blok. Rzucania piłeczki nawet nie biorę pod uwagę. Ten „spacer” ma zapobiec niespodziankom fekalnym autorstwa naszego psa w domu, wybieganie nastąpi później. Wracam szybko, bo niania nawet pod blokiem (mieszkamy na niskim parterze) czasem gubi zasięg. Dziecię me anielskie na szczęście spokojnie bawi się w łóżeczku nie zauważając mojej nieobecności. Uff! Teraz czas na: nakarmienie psa, pozamiatanie caaałej podłogi (bo wózek, bo pies, bo taka pora roku… ugh!), przygotowanie śniadania w konwencji BLW, toaletę poranną Zachariaszka…Przyjemne to, ale wymaga logistycznego ogarnięcia, co by synek się nie wkurzył, że za długo na mnie czeka. Potem szybko cycek, wspólne z synkiem śniadanko, spławianie Boskiego, który czatuje pod fotelikiem małego, bo przecież na bank coś spadnie 🙂 Zwykle potem następuje drzemka. Drzemka Zachariasza. Uff! No tak, niby „uff”, a tak naprawdę to chwila, żeby popracować przy kompie. Fajnie jak się uda coś zmontować, zanim Zachariasz się wyśpi. A jak nie, to trudno, zabieram ferajnę pod prysznic. To też nie taka tam oczywista sprawa. Dziecko w leżaczku. Pod leżaczek podłożony ręcznik, żeby się Zac nie wychylał za bardzo, bo już raz się leżaczkiem nakrył (ugh!). Obok leżaczka poustawiane suszarki, gazety, ulotki, grzechotka, gryzak, krem w miękkiej tubie…, co by sobie młody, ciekawy świata człowiek mógł wybrać czym się zająć podczas gdy ja-matka rozkoszuję się ekspresowym prysznicem z odsłoniętą zasłonką, bo przecież muszę widzieć o co kaman, prawda? 🙂 Boski oczywiście asystuje Zackowi w doborze zabawek. Jeśli go nie wpuszczę do łazienki, rzuca się namiętnie na drzwi <!>. Po kąpieli, wypadałoby wysuszyć włosy, namalować sobie twarz jakąś, chociaż naturalnie przyrumienioną różem. Do tego jeszcze pranie do powieszenia czeka w pralce… , a Zac akurat ma dosyć siedzenia w leżaczku. To czas, by rozejrzeć się wokół siebie w łazience, wszelkie potencjalnie niebezpieczne przedmioty usunąć z zasięgu i maluszka mego wyjąć z leżaczka na podłogę. To daje mi dodatkowe minuty na dokończenie łazienkowych sprawunków. Uff!
Teraz czas na spacer. Zac, Boski i ja. Przygotowuję ubranie dla siebie, dla Zac’ka, do torby wózka wrzucam przysmaki i zabawkę dla Boskiego. Nie trudno się domyślić, że futrzak mój dobrze wie w tym momencie, że zaraz pójdziemy na spacerek. Następuje więc wyjątkowo wkurzająca seria pisków i harców. Kończy się ona dopiero gdy wychodzimy z domu. Ja oczywiście spocona, bo ubieram Zaczka sama w pełnym rynsztunku, co by mi się bąbel nie zdenerwował, że zbyt długo w kombinezonie siedzi. Śpiewając i tańcząc to wszystko robię, bo proces zakładania zimowych ubrań, w tym „przeochydnej” i „straaasznie wkurzającej” czapki, wymaga takiego właśnie programu artystycznego. Luz. Na spacerze Boski wplątuje smycz w koła wózka, Zackowi świeci słoneczko wiosenne w twarz, więc co jakiś czas oznajmia mi ten fakt donośnie. Nie mogę na luzaku spuścić Boskiego ze smyczy, bo wpieprza różne świństwa. Puszczam go dopiero, jak Zac śpi, gdy mogę mu poświęcić więcej uwagi, pobiegać z nim wokół wózka i porzucać piłeczkę. Dobrze, że syn mój aniołkiem zaiste raczej jest i śpi w wózku całkiem ładnie. Uff! Po godzinie wracamy do domu. Oczywiście domowy balet zaczyna się od nowa… W grę w chodzi gotowanie obiadu (ja czy Maciej?), czesanie Boskiego… Nie ma co wspominać tu o chwili dla siebie we dwoje po powrocie Maćka z pracy. No sense.
Nie wgłębiając się więc w dalsze szczegóły rozkładu dnia codziennego z jego różnymi wariacjami, niski poziom TSH zaskoczył mnie w bardzo nieodpowiednim okresie mojego życia. Bezczelny!
Dwie wyprawy do lekarza rodzinnego za mną, a raczej za nami, bo przecież Zacka w domu z Boskim nie zostawię 🙂 – najpierw karkołomna rejestracja (dobrze, że doktor Paweł przyjazny swoim pacjentom jest!:D), zmiana porannej rutyny, żeby na czczo w miarę o poranku zrobić badania krwi, potem interpretacja wyników i … dupa! Dostałam skierowanie do endokrynologa! Żadnych leków na już. Ugh! Czyli teraz kolejna gonitwa do lekarza, do którego terminów nie ma do końca roku. Trzeba będzie więc JAKOŚ kogoś ugadać i wytłumaczyć, że to kwestia życia lub śmierci. Tak dokładnie! No bo jak inaczej nazwać taki stan wyczerpania, zmęczenia, osłabienia, że ja – Lidia odpuszczam swoje ADHD?! WTF?! Why me? 🙁 Coś muuuuszę z tym cholerstwem zrobić, bo zaczyna mi być coraz ciężej. Czy nadczynność tarczycy powoduje drętwienie, osłabienie kości i stawów?! Damn!
Ech, a było tak pięknie… Zdrowie…, ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto cię stracił… ugh! Chorować w tym kraju, to prawdziwe nieszczęście. Keep your fingers crossed.


