deska tu, deska tam, BOARD is EVERYwhere

19 marca 2014

JESTĘ BLOGERĘ a jakże!

19 marca 2014

PUNKT ODNIESIENIA

19 marca 2014
fot. EXTREMAMA

Jak się tyyyyyle dzieje, to człowiek czasem nie wyrabia na zakrętach, prawda? A jak się dzieje i nie wychodzi, to … człowiek pokornieje. Ja tak mam. Do tego jeszcze nagłe zmiany, okoliczności o różnym stopniu przyjazności albo po prostu gorszy nastrój i deprecha gotowa.
Pisząc „deprecha” nie mam na myśli klinicznej postaci, ani konkretnej choroby, a raczej zwykłego „doła” lub sytuację, gdy „ręce opadają”. Żałuję, że nie ogarniam się na tyle, żeby posmakować jakiejś terapii, która pomogłaby mi pogodzić się m.in. z pewnymi sytuacjami rodzinnymi, z rozstaniem, z własnymi kompleksami <?!> … Nie wiem czy chciałabym uporządkować swój rozkoszny chaos, ale nieco konsekwencji, tudzież mniej marzycielstwa czasem by się przydało. Terapie, rozmowy z fachowcami, porady psychoterapeutyczne, psychologia, a ostatnio ustawienia np. hellingerowskie są w sferze moich zainteresowań. Nie bez powodu zrealizowałam kiedyś ponad 100 odcinków program ROZKMINKA (niestety nie ma go w sieci, powalczę w tej kwestii). To rozpracowywanie świata, a szczególnie interpersonalnej inteligencji (tudzież jej braku) mam we krwi. Zapewne z jakiegoś powodu, ale ja tu nie o tym.

Kiedy tak na tych zakrętach mnie nieco wyrzuca, otwieram szeroko oczy…, jeszcze szerzej, bo w sumie nie miewam ich przymkniętych na co dzień. Wychodzę z założenia, że jeśli jest mi źle, należy zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby sytuację naprawić, a potem się wyluzować. Zwykle, jak już się udaje zmniejszyć ciśnienie, sprawa nie wydaje się już taka demoniczna. No i zdarzają się sytuacje, kiedy warto przeczekać. Tu pojawiają się schody, bo jestem bardzo niecierpliwa, a do tego uparta. Jak sobie coś wbiję do głowy, trudno mnie od tego odwieść. Oczywiście uczę się odpuszczać i coraz częściej mi się udaje (zależy od „przeciwnika”). Z nauką cierpliwości wciąż bywa różnie, ale życie samo weryfikuje i pokazuje mi nieubłaganie, że CZILL popłaca. Rozkminiam więc, analizuję wszelkie „za” i „przeciw”. Na szczęście punkt odniesienia jest jeden i niepodważalny. To przynajmniej nie utrudnia sytuacji. Na pewno za to nie ułatwia jej to, że szkoda mi czasu (znów ta niecierpliwość) na czekanie, na nieczucie, na wyparcie.

punkt odniesienia 🙂

Nie wiem co pisano w poradnikach psychologicznych kiedyś, bo ich nie czytałam. Generalnie najwięcej czytałam w podstawówce i były to książki z biblioteczki mojej nastoletniej mamy. Teraz czytam od nowa i dobrze mi z tym, bo potrafię nie brać do siebie, jeśli widzę lub czytam jakieś bzdury. A może mam to szczęście trafiać na dobre pozycje książkowe? Zastanowiło mnie to, że czytam jednocześnie 3 książki. Wszystkie to poradniki – o dzieciach, o biznesie, o miłości. Czy to oznacza, że nie radzę sobie jako matka? Że szukam pracy? Że brakuje mi kochania? Nieeeeee. A przynajmniej nie do końca.

Właśnie po to, żeby być dobrą mamą i jeszcze lepiej rozumieć swoje dziecko, tudzież nie zwariować, kiedy go nie rozumiem, czytam Harvey’a Karpa „Najszczęśliwsze dziecko w okolicy”. To akurat pozycja, która nikomu nie zaszkodzi. Jeśli nie jest dla Was, stwierdzicie, że facet „pitoli trzy po trzy” albo pisze do debili. Ja przez moment czułam się urażona, bo Karp okropnie długo przechodzi do rzeczy, zamiast dać czytającemu rodzicowi konkrety „na dzień dobry”. Teraz jednak wiem, że to potrzebne, bo mogłabym nie zapamiętać wszystkich praktycznych wskazówek, gdyby były po prostu wyliczone od myślników. A o co chodzi Karpowi? O to, że skoro mamy dzieci, nie będzie łatwo i po naszemu. Jeśli chcemy, żeby było fajnie, potrzebujemy się nagiąć i mówić ich językiem, mówić tak, żeby one rozumiały i słyszały … To oczywiste, prawda? Tak, ale często o tym zapominamy. Uwielbiam tę książkę, bo robi z rodzica duże dziecko i pomaga wsłuchać się w pewne zachowania i potrzeby dziecka, które mogłyby nam umknąć. M.in. dzięki tej książce jestem „najszczęśliwszą mamą w okolicy”! 🙂

co czyta mama?

No dobra. Skoro ogarniam mego smyka, mam czas, żeby nieco popracować. Nad czym? Nad tym, co kocham najbardziej, zaraz po Z, oczywiście. Nie chciałam czytać tej książki, bo wolę miękkie okładki, bo wiem, że lepiej działać, niż „gadać” albo rozmyślać. Najpierw trzeba jednak dostać wiatr w żagle, upewnić się, że obrana droga wiedzie w dobrym kierunku i zwyczajnie poprawić sobie humor, bo droga do sukcesu w biznesie, w pracy bywa wyboista. W dobrym nastroju wychodzi lepiej. „Niskobudżetowy START UP” ma zły tytuł. To nie jest książka o tym, że za zeta rozkręcisz korporację. Dobrze się stało, że jakimś cudem zaczęłam czytać tę pozycję, bo tytuł zaiste w moich uszach nie brzmiał zachęcająco (mimo anglojęzycznego cool START UP’u). To książka o tym, że trzeba robić to, co się lubi i nie rezygnować z pasji. To poradnik, który całkiem zacnie, już na pierwszych stronach, tłumaczy czytelnikowi, że nie wolno rezygnować z marzeń, bo tak naprawdę tylko one mają sens. Przy okazji nie chodzi tu o zbijanie fortuny na jedzeniu pączków, o ile ktoś ma takie hobby. Rzecz raczej w tym, żeby wiecznie mieć „fun” z tej swojej „zajawki” i nie dać się zwariować zgubnej magii pieniądza. Konsekwencja i oddanie tematowi procentują, pomagają przetrwać gorsze chwile, a następnie zarobić na życie. To bardzo pozytywna pozycja książkowa.

Na tym nie kończę czytania o interesach. Kiedyś ex-Kot i ja usłyszeliśmy o książce, która uratowała niejedno małżeństwo, pozwoliła zaoszczędzić na terapeutach, w zamian za udane pożycie. To „Ekonomia miłości” czyli nic innego jak dobry DEAL na kochaniu. Czy działa? Nie wiem, bo nie zdążyliśmy jej przeczytać. Teraz wiem, że powinniśmy byli to zrobić. To książka o tym jak bezsensownie niszczą nas błahostki, codziennie drobiazgi, które urastają do rangi trzęsienia ziemi. Tak, to książka o sprawach oczywistych – kolejna w mojej kolekcji. Jednak te oczywistości są tu przedstawione w oryginalny sposób, w taki, że można stuknąć się samemu w czoło mówiąc „no tak, nie ma problemu! Już dawno mogliśmy tak to rozwiązać”. Co mi się szczególnie podoba to fakt, że czytając na spokojnie, dociera do mnie na czym ten związkowy kompromis polega. Jestem przekonana, że sporo par stosuje zasady czystej ekonomii w swoich domach, nawet o tym nie wiedząc. Ja nie stosowałam. Zawsze zdawałam się na ślepy los, szczerość emocji, oddanie… Bez sensu. „Ekonomia miłości” mówi wprost, że czasem trzeba coś odpuścić, bo dzięki temu nie tylko uniknie się awantury, ale jeszcze na tym skorzysta. Coś za coś. Biznes is biznes. Przyjemnie, bo radośnie czyta się o domowych kłótniach w kontekście „przewagi komparatywnej” … 😀 Nie będę tu pisać o konkretnych przykładach. Wystarczy, że napiszę, że ten poradnik … zagania do łóżka, jeśli wiecie co mam na myśli. Najs! 
Jak się ma czytanie poradników do mojej filozofii działania, a nie gadania? Ano właśnie tak, że jak czasem leżę sobie, a Zac przysypia przy piersi, fajnie sobie poczytać o tym, że słuchanie samego siebie i realizowanie marzeń ma sens. Aaaaa, no i dobrze jest też się dowiedzieć, że dobrze i szczęśliwie nie znaczy po równo. Ot co. No i jeszcze jak tak sobie czytam te poradniki to myślę, że kiedyś powinnam wydać moje własne rozkminkowe niby-oczywistości, bo w sumie dlaczego by nie?

7 comments

  1. Świetnie napisane. Zmagasz sie z codziennością i chcesz być w tym coraz lepsza. Jestem na tym samym etapie:) Ja znalazłam czas i siłę żeby pójść na terapię no i dowiedzialam sie że tyle rzeczy mi zabrakło w dzieciństwie choć mialam kochających Rodziców że dziś muszę troche sobie "nazgarniać" do dzbana bo z pustego naczynia nikt sie nie napije a mój synek rośnie i coraz więcej potrzebuje:) To tak na marginesie moje przemyślenie nt Twojego wpisu:) pozdrawiam

    1. Może to wymówka, ale aktualnie jestem cały czas z Z … – terapia nie wchodzi w grę, więc ratuję się nauką na błędach i mądrymi koleżankami-psycholożkami 🙂 Na szczęście, jakimś cudem, mam sporo sił na te codzienne zmagania 🙂
      Dzięki i gratuluję 🙂

  2. Dzięki Lidka inspirujesz 🙂 z nieba czy z innej planety mi spadłaś 😉 Ciesze się że przeczytałam Twój post 🙂 po rozkimnce mam wrażenie że ponownie mnie nastroił optymistycznie do rzeczywistości 🙂 …bo wiesz rzeczony dołek ….jakoś tak się zapętliłam w świecie do którego trafiłam na własne życzenie i nie bez przyjemności 🙂 sporo rzeczy się nawarstwiło i …trochę chyba pogubiłam kroki 🙂 ja dziewczyna zakochana w desce ,w desce …która od wypadku czyli od trzech sezonów stoi w garażu i…czeka na mnie,eh duuuużo by pisać …a przeciez to Twoje miejsce a nie mój pamiętnik 🙂 super że jesteś 🙂 Czytam ,rozkiminiam i mam nadzieję ….działam 🙂

  3. Długo mnie nie było… Stwierdzam że brakowało mi Twoich słów. Nie miałam kiedy tu zajrzeć i teraz nadrabiam zaległości. I już mam lepszy humor. Muszę przeczytać przynajmniej dwie z tych pozycji 🙂 Z pewnością domyślisz się które, więc się nie będę rozpisywać;) A Ty kobieto pisz swoją własną! Będzie bestseller jak nic :*

Leave a comment