Słyszę „puść to!” A za chwilę „wyluzuj”. Potem „odpuść”. Takie słowa pod moim adresem? Czy to możliwe, że jestem za mało wyluzowana?! Ja?! Matka jeżdżąca na deskorolce, tańcząca w domu przed lustrem, głośno śpiewająca nie tylko w samochodzie i bawiąca się z dziećmi w berka na parkingu supermarketu? To naprawdę do mnie?
„Przecież jestem wyluzowana” mogłabym odpowiedzieć. Albo „ale tej sprawy nie mogę odpuścić”. I jeszcze dodać „bo ty nie rozumiesz, o co mi chodzi”, a za chwilę „bo ty robisz jeszcze gorzej”.
Staram się tak nie mówić. Takie targowanie się prowadzi donikąd. Przyznaję, że język mnie świerzbi za każdym razem, a na jego końcu mam błyskotliwe riposty, tudzież genialne metafory odnośnie osoby wygłaszającej polecenie wrzucenia na luz. Ale odpuszczam. Zabawne, że osoba, która pokusiła się o tę złotą radę w moim kierunku nie domyśla się nawet, ile faktycznie właśnie puszczam, żeby nie dostało się jej po nosie.
Jednocześnie nie zapominam i trochę mi źle, gdy ktoś mi zarzuca spięte pośladki. Z jednej strony nie obchodzi mnie to, co mówią o mnie inni, jeśli robię swoje i robię to dobrze. Z drugiej, najwyraźniej wygenerowałam jakieś pokłady ciśnienia, jeśli ktoś je wyczuł i poczuł się w obowiązku to skomentować. Działam zatem. Wyciszam. Szukam sposobu na faktyczny luz.
Luz w rodzicielstwie bywa ryzykowny. Ci sami, którzy każą mi odpuścić, za chwilę równie chętnie wypowiedzą się krytycznie na temat bezstresowego wychowania. Ba! Pójdą dalej i stwierdzą, że rozpuściłam swoje dziecko. Nieważne, czy powinno ich to obchodzić. Powiedzą swoje. Pracuję w mediach, bloguję i vloguję – liczę się z tym, że ktoś z tzw. innej bajki wypowie się na temat mojego życia, zamiast po prostu mnie nie oglądać.
Wracając do luzu…
Czytaj dalej TUTAJ



