BORN TO BE A CELEBRITY – dzieciństwo w blasku flesza

5 września 2016

Mama kumpel czy matka mentor – jak rozwydrzyć dziecko?

5 września 2016

Patchwork family – układanka idealna czy zło konieczne

5 września 2016

O tym, że rodzina z puzzli to trudna sztuka, która jest krainą szczęśliwości ludzi otwartych, dojrzałych i zakochanych.

Jestem dumna ze swoich wyborów. Wychowuję Zachariasza sama, ale nie jest to celem samym w sobie. Tak wyszło. Tak nie będzie zawsze. Na razie zderzam się z rzeczywistością. Ktoś mi kiedyś powiedział „nie będzie ci teraz łatwo kogoś poznać. Wypadłaś z obiegu. Masz dziecko…”. To było okrutne i … prawdziwe. Na szczęście ja nie lubię jak jest łatwo i nie zadowalam się namiastkami. Teraz zamierzam trafiać same dychy. Zac jest i nic tego nie zmieni. Natomiast dla niedojrzałego, zazdrosnego mężczyzny nie ma miejsca u mego boku.

Człowiek uczy się i przyswaja najlepiej poprzez doświadczanie, choć niejednokrotnie szybciej by było oprzeć się na czyichś wnioskach i wskazówkach. Zapewne są kwestie, w których to się sprawdza. Życie emocjonalne, a już na pewno życie w parze do takich tematów nie należy. Żeby poczuć, zrozumieć, pokochać, trzeba doświadczyć, spróbować, nie mieć wątpliwości. Wątpliwości budzą niepokój i generują konflikty. Zupełnie bezcelowe jest dopraszanie się o nie, kiedy świat i tak pełen jest sytuacji trudnych. W rodzinie niech będzie stabilnie. Rodzina niech będzie ostoją, bezpieczną przystanią – tą, w której jakimś cudem prawie nigdy nie wieje, a statki nie rozbijają się o pomosty, ani o siebie nawzajem. To możliwe. Jeśli możliwe jest, żeby adopcyjna matka, bez zachodzenia w ciążę wytworzyła laktację i karmiła piersią swoje adoptowane dziecko, rodzina z łatek to przy tym igraszka.

Najpierw wystarczy się zakochać. To proste, przyjemne i powoduje mnóstwo innych procesów, które wprawiają człowieka w ten błogi stan lewitacji. Następnie wystarczy słuchać głosu serca. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Widzę to i czuję. Ba! Powiem więcej, dałam się nieco wplątać w to męskie marudzenie i w tego ich stracha. Stracha przed … no właśnie nie wiadomo przed czym. Jeden amant powie, że nie ma różnicy czy ukochana kobieta ma najpierw swoje dziecko, a potem drugie z tymże amantem, bo i tak dzieci wprowadzają słodki chaos. Inny mądrze doceni trud jaki niewiasta wkłada w dbałość o swą latorośl, choć wychowuje ją sama i zapewne jest to sztuka bardziej przypominająca przełajowy bieg przez płotki, niż rejs łódką po sztucznym stawie. Pomyśli, że taka troskliwa kobieta to dobry materiał na partnerkę i matkę jego własnych dzieci. Słusznie. Jeszcze inny powie „wiesz co, ja to nie chcę mieć jeszcze dzieci”… Yyyyy, nie to nie. Na razie. Nie przeskoczę tego. Ja dziecko mam, a jeśli mężczyzna jest moim partnerem, to on też ma …?

Ano właśnie. Na pewno ma tu znaczenie relacja ojca biologicznego z dzieckiem, charaktery ojca i partnera, ilość jadu w matce 😉 oraz dojrzałość ich wszystkich. I tu do gry wchodzi ten strach. Objawia się fochem, awanturą, sformułowaniem „to twoje dziecko, nie moje” albo „ten frajer nie jest jego ojcem, więc nie będzie go wychowywał”… Na szczęście udaje mi się (tfu tfu ) tych drugich tekstów uniknąć. U nas sytuacja jest czysta i nie ma konfliktów ze strony biologicznego ojca Zachariasza. Zapracowaliśmy na to. Dużo gorzej radzą sobie chłopcy …. No właśnie CHŁOPCY …, którzy nie wiedzą czego chcą i nagle stwierdzają, że jeszcze by się trochę pobawili, a nie zakładali rodzinę, a tym bardziej brali pełen pakiet na starcie… Trudno. Weryfikacja następuje samoistnie. To ułatwia sprawę, ale często sprawia przykrość. Czy nie jestem w stanie rozkochać w sobie nikogo na tyle, żeby pokochał też moje dziecko i nie dopatrywał się w tym niezdrowego układu? Spokojnie. Jestem. Ufff.

Marcin niedawno powiedział „przecież ja to rozumiem. Skoro jest Lidia, jest i Zac. To oczywiste i zawsze biorę to pod uwagę”. Brawo. Da się? Da. Uprzedzam pytania…Kim jest Marcin? He, he, powiedzmy, że to postać z tego serialu „Tata, a Marcin powiedział …”, bo pewnie jeszcze nie raz będę cytowała jego inspirujące tezy lub pytania. Tak czy inaczej, jak powiedział, tak robi. Rozglądając się wokół, także widzę, że się da. Przykłady udanych relacji typu PATCHWORK dodają otuchy. Być może mnie samej do tej pory sprawiało to trudność, bo często obcuję z lekkoduchami lub wręcz odwrotnie – ludźmi, którzy aż za bardzo chcą najpierw sobie wyreżyserować życie, a dopiero potem zakładać rodzinę. Mnie potrzebny jest FRISTAJL. Kochasz, to kochaj i bierz całość uroczej ferajny. Miłość Was ochroni. Naprawdę tak uważam. Co jakiś czas odzyskuję wiarę w to, że to miłość do drugiego człowieka, poprzedzona akceptacją i znajomością siebie samego, daje nam najwięcej sił i motywacji do działania. Nagle pterodaktyle skrzydła lśnią, a skóra wokół oczu marszczy się, bo te odważnie patrzą w słońce odsłaniając tzw. „kurze łapki” zdradzające upływ czasu i nabyte doświadczenia. Wtedy zdarza się szczęście. Bezwiednie i „na przekór czasom”. Czasem też „ludziom wbrew” 😉

Mówiąc o dojrzałości partnerów, nie mam na myśli tylko odważnego, zakochanego samca. To się nie uda, jeśli samica nie wykaże się cierpliwością, szacunkiem i dbałością o cechy indywidualne, unikatowe. Nie jest ważne czy mamy na myśli klasyczny patchwork czyli mama + dziecko oraz tata + dziecko czy po prostu do matki do tej pory samodzielnie wychowującej smyka, dołącza do tej pory swobodnie fruwający barwny ptasior. To ona daje ciepło. To ona pokazuje jak dba. O wszystkich. To ona łagodzi obyczaje i nazywa rzeczy po imieniu. Taka nasza kobieca rola. Jestem z tego dumna. Uwielbiam spuszczać z tonu i w odpowiedzi usłyszeć szczery niepokój, bo wiem, że nie dostanę za to po nosie. A jak dostanę? Trudno… Jeden raz, drugi, trzeci … i odfrunę. Batów już mi wystarczy. Zatem upajam się nazywaniem trudności i poznaję w tym siebie. Każda relacja jest inna, bo każdy z każdym koreluje inaczej. Skoro nie chcę być sama i chcę kogoś kochać, uszanuję jego relację z moim synem. Pewnie, że w sytuacji spornej odczekam chwilę i w końcu odezwę się komentując konflikt lub trudny moment. Znam swoje dziecko najlepiej. Jeśli opowiadam dlaczego i jak Zac na kogoś lub coś reaguje to nie po to, żeby wykazać się swoim geniuszem <?!>, a po to, żeby ukochanej osobie pomóc. Taaak wiem, faceci tego nie lubią. Im nie trzeba pomagać. Oni sobie poradzą, bo chcą byc twardzi i samowystarczalni. Super, zuchy takie. O nich nie trzeba się martwić, ani wypytywać gdzie byli. Nie pytać czy boli. Tego też się nauczę, spokojnie.

Tymczasem uważnie patrzę, bo Zac przywiązuje się do ludzi tak jak ja i smutno mu, gdy trzeba się pożegnać. Źle mu, gdy zostajemy sami, choć wiadomo, że zaraz będziemy robili coś fantastycznego. Czasem nawet się cieszę, że on jeszcze nie formułuje konkretnych pytań. Jak ktoś nam bliski od nas na dobre odchodzi, nie muszę się szczegółowo tłumaczyć … Na razie. Stąd ta moja zgrabna skorupka. Boję się o nas i rzadko się odkrywam. Rzadko leżę na plecach, brzuchem do góry. Skorupa na brzuchu jest miękka i cienka. Z tego strachu powstają sytuacje ekstremalne. Skoro się odkrywam, to się określam i nie ma w tym połowicznej zgody na relację. To nie powinno być trudne do zaakceptowania. Pewnie, że nie zaprowadzę delikwenta od razu do ołtarza, ale nie będę też się z nikim bawić w niezobowiązujące randkowanie, bo mnie to zwyczajnie nie kręci.

Mam to szczęście widzieć miłość kilku bliskich mi par. Wiem, że można ze szczęścia razem zwariować i brać życie takim, jakie się zdarza, bez wątpliwości. Wiem, że nie ma większej radości i lepszych wzorców dla dzieci, niż obserwacja kochających i szanujących się dorosłych. Dzieciaki i tak doświadczają złości, patrzą na okrucieństwo i są wystawiane na próby. Chcąc im pozwolić na zdrowy rozwój i dając im możliwość podejmowania własnych, dobrych decyzji, potrzebujemy pokazać im jakiś bezpieczny, inspirujący standard. Pokazać, ale nie narzucić. Same zdecydują od czego i na ile chcą się w przyszłości „odgiąć”.

4 comments

  1. Oglądałam Pani Vloga jak byłam w Ciąży teraz czytam Pani wpisy i na prawdę podziwiam Panią, że tak sobie świetnie Pani radzi i to sama. Jest Pani wielka! Ja mam córeczkę 9 miesięczną i narzeczonego u boku (ojca dziecka) ale nawet w małej części nie potrafiłabym robić tyle co Pani robi . Jest Pani wspaniała i jestem pewna, że znajdzie Pani równie wspaniałego i odpowiedzialnego Partnera, który pokocha ten słodki 2 pak i będzie najwspanialszym ojczymem dla Zachariasza i oparciem dla was. Trzymam kciuki 🙂

  2. Ja kiedy byłam sama czułam, że dziecko to papierek lakmusowy – interesowali się mną tylko mężczyźni, którzy nie bali się tego, że mam dziecko, a niedojrzałe bawidamki odpadały. A zakochałam się i związałam z me=ężczyzną, który to moje dziecko naprawdę pokochał i teraz wychowuje jak własnego syna.

  3. ja wychowuje moja małą coreczkę (dwu miesięczną ) sama, tatus jest jestesmy razem ale niestety zycie mu się tak poukladało ze niemorze na codzien uczestniczyc w wychowaniu naszego dziecka , przynajmiej narazie jest mi bardzo ciężko ale musze dać rade …

  4. Miło było Panią (oraz Zachariasza) zobaczyć dziś w tvp 2 🙂 również jak poprzedniczka i wiele innych ciężarnych podglądałam ten wyjątkowy czas, kiedy Zac był po drugiej stronie brzuszka <3 ( trafiłam na te filmiki o normalnej "dla oczekujących" porze czyli 2-3 w nocy.. ech bezsenność) Ze smutkiem przeczytałam powyższy wpis, zatrzymałam się na informacji o wspólnym wychowywaniu z ojcem małego Z. .. Z całego serca życzę połączenia nowych elementów rodzinnej układanki… Wierzę że nie ma jednej właściwej drogi, że jest wiele ścieżek, na końcu których jest ten magiczny DOM 🙂 pozdrawiam! Matka Hanny 🙂
    Ps. Blog ląduje w ulubionych 🙂
    Ps 2. Odnośnie tematu z śniadaniowej kanapy … o zgrozo co można wyczytać na grupach powiązanych z życiem małych obywateli .. pytam why ? MATKA.. MATCE …? RODZDZICE.. RODZICOM ?

Leave a comment