Opowieść o tym, że choć nas piszą, jak nas widzą, to zwykle jest to wielka ściema.
– Ty wredna babo! Ty, ty .. zimna ty! – tak nawrzeszczała na mnie dwa dni temu POZORNIE sympatyczna staruszka, która wcześniej siedziała koło mnie i Lajli na ławce w ustronnym parku. Pracowałam na kompie, Lajla biegała obok, siedziała koło ławki, a pani najwyraźniej „zbierała informacje” co jakiś czas cmokając na mojego psa. Skończyłam pisać na komputerze i potrzebowałam na chwilę zamknąć się w samochodzie, żeby nagrać tekst lektorski w możliwie „sterylnych” dźwiękowo warunkach. Był upał. Wypuściłam więc Lajlę, żeby nadal biegała sobie po trawniku obok, wystawiłam jej nawet miskę z wodą, podczas gdy ja nagram kilka zdań. Nie chciałam, żeby pies smażył się ze mną w samochodzie. Skończywszy, otworzyłam drzwi i zobaczyłam panią spisującą mój numer rejestracyjny. Po chwili pani zaczęła mówić…, po chwili krzyczeć, wymachiwać rękami, wyzywać mnie od wrednych bab… Dlaczego? Bo źle zajmuję się moim psem. To był powód. Bo przecież mógł ją przejechać samochód. Życzyłam pani miłego dnia i poprosiłam, żeby przestała do mnie już mówić. Nie posłuchała. Ba! Rozkręciła się! Podeszłam więc do niej, spoglądając z góry i prężąc opalone (częściowo samoopalaczem, ale jednak) ciało (darła się z drugiej strony ulicy), trzymając miskę z wodą Lajli (jak się powstrzymałam od wylania jej wody na ten durny łeb, nie pytajcie) i zapytałam czy jeszcze pesel jej podać, skoro numer fury już spisała … Pani krzyczała dalej … I tu już zrobiło się zabawnie. Usłyszałam np „Nie podchodź do mnie ty ty, ty CHUDZIELCU ty!” albo „Pani pies leżał na betonie! Pani o niego nie dba. Pani jest zimna! Mój to na kocyku leżał!” … Tak. Tu skończyły mi się argumenty. Ta pani rozpracowała mnie w mig – zimna, głupia, chuda, bez serca. Oto ja 😉 Wróciłam do auta wysłać nagrany tekst. Z Lajlą.
— — —
Bawię się pozorami od lat. Nie zawsze jest to dobra zabawa. Z tej wieloletniej prowokacji wynika, że … nie robię dobrego wrażenia 😉 A przynajmniej nie takie, jakie byłoby przydatne. No bo co mi przychodzi po opinii blond lali, którą interesują tylko deski i która wszędzie widzi FREESTYLE?!
Teraz i tak jest lepiej! Dzięki Zac! Odkąd jestem matką, siłą rzeczy, znajduje się grupa ludzi, która dostrzega, że syn mój nie chodzi brudny, niedożywiony i że w sumie znajduję dla niego sporo czasu, żeby nie powiedzieć, że cały mój czas ustawiony jest pod jego potrzeby. W związku z tym, w oczach tych obserwatorów, zapewne nie jestem TYLKO głupią małolatą, która „wpadła” i można śmiało zamienić ze mną kilka słów innych niż „joł”, „lol” czy „siema ziom!”. Oczywiście marzę o tym, żeby być skejtem i całe dnie jeździć lub pływać na deskach. Zrealizuję tę wizję pewnie około 50-tki 😉 Teraz jestem matką. Samodzielną, żeby nie napisać samotną. No i od razu wyjaśniam. Ktoś, kto śmiga zawodowo na desce, kto żyje na tak zwanym fristajlu i ma wiecznie wiatr lub piach w mokrych od słonej wody włosach, nie jest idiotą. To zwykle osoba, która świadomie i konsekwentnie spełnia swoje marzenia i pielęgnuje pasje. I to też nie jest regułą. Bo nic nią nie jest.
Można przyjąć, że mężczyźni mają pewne cechy, a kobiety inne i to jest jedyny podział, który zwykle sprawdza się nawet przy pierwszym wrażeniu, spotkaniu czyli przy pozorach, które stwarzamy – mniej lub bardziej świadomie. Reszta cech i zachowań jest sprawą indywidualną, zależną od tyyyyylu czynników, że poznawanie każdego człowieka powinno być niezwykle ekscytującym polem badawczym. Często nie jest, bo idziemy na łatwiznę. Nie zastanawiamy się nad tym, że osobowość ludzka nie jest płaska, nie jest jednowymiarowa, nie jest zawsze taka sama. Zmienia się nawet w obrębie tego samego pomieszczenia, w czasie pięciu minut, w zależności od interakcji, od tego KTO Z KIM AKURAT GADA.
Pamiętam jak zakochany w sobie skejt, nie dbający o to, że ja zakochana byłam w nim, powiedział: „bo ty masz wszystko takie ładne …, nawet słuchawki masz kolorowe…”. Wiem, co miał na myśli. Widział mnie jako wylansowaną laleczkę w kolorowym bikini i lanserskiej bluzie z wielkim kapturem. Było mu na rękę pokazywanie się czasem ze mną, bo przyznaję, razem wyglądaliśmy EFEKTOWNIE. Pani i Pan Skejt (ależ to byłby dobry lanserski duet! ). Reszta go nie interesowała. Miałam być obok i się lansować. Nie stwarzać problemów, nie mieć dylematów, najlepiej nie mieć zmartwień i trudnych wyzwań. No nie, to nie moja bajka. Toż moje drugie imię to Rozkminka 😉 Bo pierwsze to Extremama. Wiadomo.
Pamiętam jak Ex-Kot kiedyś powiedział, że ktoś z kolei jemu powiedział, że „żeby być z Lidką, to trzeba mieć dużo kasy…” ?!?! WTF?! Czaicie? To chyba nawet ta sama gra pozorów – osoba, która to powiedziała także widziała mnie jako lansującą się „suczkę” bez skrupułów dobierającą sobie „kasiastych” partnerów. Na chwilę. Bo przecież szybko się nudzę. Jak przystało na lansującą się idiotkę. Bawi mnie to, ale czasem myślę sobie „no ileż można?!”.
Pani Asia Luboń – absolutnie genialna trenerka medialna, która zamiast dostosować mnie do „wymogów” telewizji publicznej, utwierdziła mnie w przekonaniu, że będąc sobą jestem najfajniejsza, mówiła też, że dopiero jak urodzę dziecko, spojrzą na mnie inaczej. Nawet ona widziała tę powiedzmy frywolną aurę, którą przy pierwszym kontakcie trudno przykryć elokwencją czy obecnością mózgu znającego się na czymś jeszcze oprócz „robienia sobie w życiu jaj”.
No więc nie dopasowuję się, a niosę swój krzyż. Ileż to już razy zdarzyło mi się widzieć lub nawet słyszeć zaskoczenie z ust osoby, której dałam się nieco poznać. Właśnie to bawi. Jak już z kimś rozmawiam, opowiadam, zastanawiam się i biorę pod uwagę różne opcje, po czym widzę w oczach rozmówcy zaangażowanie. Jeden szaleniec <3, znany jako doskonały coach, trener, psycholog – Sebastian Kotow po kilku miesiącach nieregularnej znajomości, w chwili, gdy totalnie na luzie, po skończonym evencie siedzieliśmy przy kawie na kanapie, po którejś mojej uwadze na temat chyba dotyczący wychowania dzieci albo budowania swojej marki, powiedział krótko i zwięźle „ty to jesteś bardzo inteligentna, prawda?”. No cóż mogłam odpowiedzieć? Powiedziałam „Tak. Dziękuję.” Fajnie, gdy taki mądry gość dostrzega coś jeszcze oprócz dobrze zrobionego mejkapu, zgrabnych nóg czy niebieskich oczu. Dlatego trwam. Dlatego wiem, że nie muszę krzyczeć. W końcu mój elokwentny szept z klasą zostanie usłyszany. Taka karma i dobro wraca. Niech będzie.
Wracając do pozorów i tego, że widzimy ludzi jak chcemy. Tak, jak MY chcemy. Choć zdarza mi się od pierwszego spotkania uważać kogoś za bratnią duszę, w większości przypadków działa moja naiwność. Mam farta, jeśli przeczucie się sprawdza. Farta, a nie intuicję. Intuicję mam tylko i aż w kwestii wychowania dziecka. W reszcie przeczuć się gubię. Rzadko kiedy moje pierwsze wrażenie o kimkolwiek sprawdza się. Ludzie przybierają tak skuteczne maski, że nie ma powodu drążyć i dopatrywać się oszustwa od początku. I tak wyluzowany uczynny skejcik okazuje się być psychopatą, który chce jedynie posiadać, dojrzała samotna matka zamiast pokrewną duszą jest zazdrosną zakompleksioną lafiryndą, a z uczynnego zwariowanego przyjaciela wychodzi wredny, chciwy burak… I mogłabym tak wymieniać.
Mam miękkie serce – to widać, i twardy tyłek – widać? 😉 Wiem jak wyglądam, wiem jaki jest mój wizerunek w sieci i nie zamierzam tego zmieniać. Będzie tylko ładniej, bardziej kolorowo, bardziej stylowo i z klasą. Po mojemu. Dla mnie i dla Was. Nie chcę nikomu niczego udowodnić. Chcę być szczęśliwa, a szczęście daje mi radość z każdego WYLANSOWANEGO dnia. Pracuję nad tym. Z bliskimi. Nie ma ich wielu. Na szczęście oni, zamiast uważać mnie za płytką kolorową lalę, najchętniej założyliby zeszyt z „lidiowymi” powiedzonkami, ze spontanicznymi tekstami, które nawet po latach, bawią do łez. Dzięki nim, tym bliskim, mnie też. Przy nich bywam totalnym głupolem, blond lalą, dla której liczy się codzienny śmiech. Nie muszę ich do niczego przekonywać. Śmieją się, że zawiłości mojej duszy bywają przesadzone i rozmawiamy o tym. Szczerze.
Wcale nie chodzi o to, żeby każdy każdego analizował, żeby zadawać milion pytań mających na celu wywiad środowiskowy. Szczególnie przy pierwszym kontakcie. Mnie szkoda czasu na wtrącanie się w czyjeś życie. Jak się skupiam na swoim, jest mi najwygodniej. Z tego mam się największą satysfakcję. Z tego są najlepsze efekty.
— — —
Swoją drogą, chyba dobrze rozsmarowałam samoopalacz i skutecznie się naprężyłam, skoro ta rozkrzyczana staruszka w oburzeniu, widząc mnie z odległości pół metra, zdołała wymyślić właśnie taką obelgę „ty, ty CHUDZIELCU, ty!”. Zawsze chciałam być postrzegana jak osoba szczupła. A chuda to prawie to samo 😉




Droga Lidko ?podpisuje się pod Twoimi słowami rękoma i nogami. Co mogłabym dodać to jedynie to, iż to odbieranie przez inne osoby na ogół wynika z syndromu ZZZ lub 3 Z – zawiść, zazdrość, zakompleksienie. Dla mnie takie newsy na mój temat, tworzenie ideologii i domnieman na mój temat po pierwsze mnie śmieszy a po drugie motywuje do dalszych działań a po trzecie utwierdza w przekonaniu że nie jestem szara ale się wyróżniam i tym wkurzam innych????. Życzę Ci dalszego lanserskiego podążania przez życie? pozdrawiam serdecznie i niecierpliwie czekam na kolejny wpis ?
🙂 Ten tekst mnie rozbawił, ale tak pozytywnie 🙂 Ludzie to zabawne istoty 😉
Nie na temat, tylko z zapytaniem. Czy w najbliższej przyszłości planuje Pani sprzedawać opaski silikonowe na nadgarstek z napisem jak na wlepach? Chętnie taką kupiłabym.
Opaski będą 🙂 W przyszłości prosze śmiało pisać na maila lub FB 🙂 Pozdrowienia