Żmija – gatunek suki … czyli hejt jako sens życia.

21 maja 2016

Another Love czyli kocham Cię najbardziej na świecie…

21 maja 2016

10 zasad zdrowej głowy czyli jak spławić toksyczne klimaty.

21 maja 2016

Pozornie może się to wydawać niemożliwe. Nawet jeśli zignorujecie jeden toksyczny sygnał albo osobę, która próbuje Wam uprzykrzyć życie, za chwilę pojawi się kolejna sytuacja…, potem kolejna i kolejna. Przyznaję jednocześnie, że konsekwencja popłaca, szczególnie w stosunku do nas samych. Jak na początku popracujemy nad tym, żeby faktycznie się uwolnić od pożeraczy energii, potem będzie coraz łatwiej. No i pozytywna aura emanująca z naszego radosnego, nietoksycznego jestestwa zacznie przyciągać dobre dusze, a nie te, nazwijmy to dyplomatycznie, „skomplikowane”.

  1. Gdy ktoś obok mnie kombinuje, szuka dziury w całym, najpierw poznaję sytuację. Staram się zadawać rzeczowe pytania i dowiedzieć się czy faktycznie jest się czym denerwować. Zdarza się, że ktoś poirytowany albo nadwrażliwy przy pierwszym kontakcie nieudolnie przekazuje informację w rozemocjonowaniu. Po chwili może się okazać, że „nie taki diabeł straszny” i co jeszcze wspanialsze, że mogę tej osobie szybko i skutecznie pomóc. Staram się jednak nie przeginać w tych pierwszych pytaniach, żeby nie spowodować, że wycofanie się z jednak toksycznej sytuacji będzie niemożliwe. Chłodna i kulturalna ocena sprawy – o to chodzi.
  2. Zdarza się, że choć sytuacja jest pozornie błaha, toksyczny typ robi z niej koniec świata i mój spokojny ton nie pomaga. Rzeczowe tłumaczenie także nie prowadzi do porozumienia. To tak jakby chodziło o coś zupełnie innego, a nie tę błahostkę np. nieodpisanie na sms. Tymczasem ten biedak nie ma odwagi się do faktycznego stanu przyznać albo nie zdaje sobie z niego sprawy. Tu stosuję dwie metody – olewam i przytakuję wykonując wszelkie czynności, które są potrzebne do zamknięcia paszczy marudzie wierząc, że zaraz poprawi się jej humor albo … olewam i spadam. Druga opcja jest radykalna, ale może mieć dużo lepsze skutki, niż pierwsza. Kilka razy olana maruda, przestanie w końcu marudzić, bo zobaczy, że to do niczego nie prowadzi. No chyba, że to stan chorobowy… 😉 A jeśli olana maruda już nigdy nie zapragnie wyżalić się na naszym ramieniu, bo stwierdzi, że jesteśmy egoistycznie zadufani w swojej pogoni za endorfinami? Trudno. Jej strata. Biorę na klatę takie zarzuty. Zwykle maruda mierzy nas swoją miarą…
  3. No właśnie. Łatwo powiedzieć – olać. Oczywiście. Kto raz spróbuje, nie będzie chciał przestać. Olewam marudę i robię swoje. Najlepiej z daleka od niej. Taka prawda.
  4. A gdy się nie da zignorować? Wtedy POMAGAM – marudzie i sobie. Oprócz rzeczowych pytań na początku sytuacji, intensywnie myślę. Stawiam się w sytuacji osoby, która sieje zamęt. Nie tłumaczę jej przed samą sobą, ale staram się zrozumieć. To ułatwia szukanie rozwiązania albo … machnięcie ręką 😉 To ważna zasada – EMPATIA. Gdy wiem jak czuje się ktoś, kto jątrzy, drąży i narzeka, może mi się udać skutecznie zniwelować ten stan albo przynajmniej nie dać się w ten stan „wkręcić”.
  5. Skoro już wiem jak to jest – nieważne czy odczucia toksycznego ludka są na wyrost czy adekwatne do sytuacji, zastanawiam się co należy zrobić. Po kolei i z rozsądkiem. Nie działam „na wariata”. Może to głupie albo wręcz niesłychane. Naprawdę, w tych poważnych sytuacjach, potrafię się zatrzymać i przeanalizować możliwe formy pomocy albo proste działanie – krok po kroku. Ktoś potrzebuje być mądrzejszy. Jeśli wiem, że toksyczny typ obok mnie, nie poradzi sobie z tym zadaniem, głośno i wyraźnie wyliczam punkty planu. Opowiadam co i dlaczego w takiej kolejności. Jeśli nie chodzi o zadymę dla zadymy, pomoże. Uspokoi i ukoi.
  6. Zawsze w takiej „ciężkiej atmosferze” pytam się siebie samej CZY MNIE TO W OGÓLE OBCHODZI? Jakie to ma znaczenie dla mnie, mojej rodziny, moich bliskich, osób ważnych itp? Może się okazać, że skutkiem zaistniałej toksycznej sytuacji będzie diametralna zmiana stosunków z daną osobą, zmiana miejsca pracy, przeprowadzka. Nie mylę tego z ucieczką. To rozwiązanie, które jest najlepsze w tym momencie. Tak bywa, gdy świadomie weryfikujemy swoje potrzeby i pragnienia. Zdecydowanie warto sobie co jakiś czas w głowie powtórzyć te wszystkie rzeczy, które są dla nas naprawdę ważne. To taka bardziej cywilizowana forma „olewki”. Wypisuję się, bo już mnie to nie dotyczy.
  7. Najgorzej, gdy toksyczny klimat utrzymuje się dłuższą chwilę. Nie wiem jak w Waszym przypadku, ale dla mnie jest to stan trudny do zniesienia. Wszystko mnie boli, nie chce się wstawać z łóżka. Perspektywa kolejnego zderzenia z tą atmosferą jest przytłaczająca. Często jest tak dlatego, że mimo tłumaczenia, szukania rozwiązania, chęci pomocy, ten, który szuka problemów, wcale nie jest zainteresowany szukaniem wyjścia z nich. Zwykle chwilę zajmuje zrozumienie, że to właśnie taka sytuacja i jedyne, co możemy zrobić, to pogodzić się z tym, że tak już zostanie. Nieee, wcale nie polecam brnięcia w toksyczną atmosferę. Godzę się z tym, że np. atrakcyjny skejt w rzeczywistości jest tyranem zakochanym w sobie i żadna moja postawa tego nie zmieni. Niech sobie taki kochaś egzystuje obok. Nie ze mną. Podobnie ze sprytnymi żmijkami, o których pisałam w poczytnym poście. One nie przestaną. Jak jest „gnój”, to jest fajnie. W ich mniemaniu. Niech się w tym taplają. Ja biorę prysznic. Wycieram się i pryskam środkiem toksynobójczym. Nie ruszą mnie. Żeby dojść do tego momentu prawdopodobnie kilka razy będziesz w ten bajzel wchodzić, łudząc się, że teraz to już się na pewno wszystko wyjaśni. Otóż nie. Nie wyjaśni się. Im szybciej do tego dojdziesz, tym lepiej.
  8. Mam odskocznię. Miej i Ty. Działającą bez względu na okoliczności. Moją jest Zac. Pamiętam jak zaszłam w ciążę i i jeszcze będąc w Finlandii (czyli daleko od polskiego pierdzielnika), czatowałam z przyjaciółką, która „w dobrej wierze” opowiadała mi jak to plotkują o mnie znajomi mojego byłego chłopaka, jak to on obrabia mi tyłek i w ogóle jak to jestem „na językach”. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam „Sory, to nie dla mnie. Nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Teraz mam swoje szczęście i nie potrzebuję opinii tych kretynów, żeby czuć się dobrze”. Następnego dnia przestałam „kolegować się” na fejsie z całą bandą „życzliwych”. Oni nie wiedzieli już co u mnie, więc nie mieli o czym gadać. Wkrótce przestałam się przyjaźnić także z „uczynną” przyjaciółką, która co chwilę wymyślała nowe konfliktowe sytuacje i kolejne zarzuty pod moim adresem. Stwierdziwszy, że teraz liczy się harmonia, zajęłam się sobą i dzieckiem. Z panienką mam sporadyczny kontakt i tak jest najzdrowiej. Polecam.
  9. Daję szansę. To nie to samo co wchodzenie do tej samej rzeki w przypadku nieudanego związku, choć ma z tym wiele wspólnego. Niestety. Działa rzadko, ale przynajmniej utwierdza mnie w przekonaniu, że podejmuję dobre decyzje. Może też zahartować, bo zwykle za drugim razem mistrz marudzenia wytacza cięższe działa i uderza z większym impetem, żeby toksyny na pewno dotarły do wszystkich zakamarków i skutecznie Cię unieszczęśliwiły. Nie pozwalam sobie na nieszczęście. Jeśli daję drugą szansę, jestem gotowa na porażkę, bardziej odporna i czujna. Sprawdza się tu postawa traktowania delikwenta siejącego zamęt jak małego dziecka albo osoby chorej – trochę ukrytej litości, zrozumienia na wyrost okraszonego postawą „a co mi szkodzi”.
  10. Śmieję się. Toksycznym palantom w twarz. Nie mam sobie nic do zarzucenia. Zapewne praktyka czyni mistrza. Wydaje mi się, że kiedyś nie tylko nie potrafiłam się z tego śmiać, ale pewnie sama też powodowałam sytuacje konfliktowe. Czasem wydaje mi się, że tamto życie należało do kogoś innego, bo dziś zachowałabym się zupełnie inaczej. Jednak bez tamtych zachowań, dziś nie byłabym taka mądralińska 😉 Śmiech daje mi czas, przewagę i dystans. Wartością dodaną do tej postawy jest rozbrajająca siła śmiechu. Mało która dobra dusza pozostaje obojętna na serdeczność. Śmieję się zatem serdecznie i z troską. Często to wystarcza. Marudny delikwent albo się obraża czując się wyśmiany albo dołącza do salwy śmiechu produkując dobre wibracje i obniżając ciśnienie. Śmiech lub serdeczny uśmiech to lekarstwo na wiele nieprzyjemnych zdarzeń już w ich początkowej fazie. Reakcja kogoś „na fochu”, na Wasz uśmiech – bezcenna.

Leave a comment