Taka ze mnie blogerka, że choć od prawie pięciu lat mam do czynienia z blogosferą, długo nie wiedziałam kim jest Kominek. „Jaki, do cholery, Kominek?”, „To imię? Czy nazwisko?”, „Kto sobie wymyśla taką ksywę?!”. Teraz wychodzi na to, że dobrze robiłam, że nie wiedziałam, bo Kominka już nie ma. Ha! Teraz jest Jason Hunt. Brzmi zaiste zacnie.
Zastanawiam się ile Wam zdradzać w kwestii planów na przyszłość. Jak powiem teraz wszystko, później będzie mniej zabawy. Powiem zatem tyle, ile trzeba. Dokładnie tak, jak to jest z Kominkiem, tfu! Jasonem. Znam go dziś tyle, ile trzeba. Jestem blogerem, a nawet blogerką. Czytam dziś książki o blogowaniu i zastanawiam się o czym będzie mój kolejny tekst. Rozmyślam nad własnym brandem i od kilku lat żyję w pewnym stopniu razem z Wami. Jak bardzo? Myślę, że każdy zna mnie nieco inaczej. Każdy kto poznaje coraz lepiej, pewnie dziwi się dzikości serca i mnogości zagadnień. Dlatego nie zdradzam wszystkiego, bo to za dużo na raz. Wiem co przystoi. Wyobraźcie sobie zatem, co by było, gdybym wykrzykiwała na prawo i lewo to, co myślę, choć akurat czegoś nie przystoi 😉 Co to, to nie. Jednak nie o mnie jest ten tekst, choć zaraz się okaże, że w sumie o mnie też. To tekst o Jasonie i tym, jak zgrabnie zamiata w głowie.
Niedawno kupiłam 3 jego książki. Skoro mówię A, to będę mówić B i C i dalej czyli będę coraz lepszą, fachową blogerką. Dlatego dojrzałam do Jasona i znajomości z ex-Kominkiem. Na szczęście kolo nawet wygląda na okładkach swoich książek, a ja nie szukam innych wersji jego wizerunku w sieci. Wolę czytać książki ładnego i interesującego pana. Miałam zacząć od tej najnowszej publikacji czyli „Social media Start”. Moje blogowe guru czyli Magdalena (Sory, Jason, jednak Magda) odradziła mi tę kolejność lektur. „Przeczytaj najpierw pierwszą. Nie zgadzaj się ze wszystkim, ale czytaj po kolei.”. OK. Przeczytałam. Wohoooo!
Jason, chłopaku! Jesteś mężczyzną mojego życia. Ciekawe na ile to zabieg literacki i kreacja, na ile faktyczna dziwaczna natura Jasona czyli Tomka. Bo Jason Hunt to marka, a ludziem jest Tomek. Ależ pięęęęękny człowiek. Nie mam zbyt wiele czasu na czytanie, więc lektura kobyły BLOGER i SOCIAL MEDIA zajęła mi nieco czasu. Od pierwszych słów, pierwszych wersów i rozdziałów, rozumiałam co autor chce przekazać aż za dobrze. Odrobinę Tomek pitoli i zaprzecza sobie czyli wcześniejszym słowom wpisując dopiski do pierwszego wydania książki. To może wywołać konsternację, ale przecież jestem bystrą blogerką. Biorę to, co ważne i wartościowe (a tego jest sporo), a pitolenie odpuszczam. W końcu, jak pisze Tomek, warto dać sobie przyzwolenie na słabszy tekst. Ważne, żeby tekst był. Zawsze istnieje szansa, że do kogoś trafi, dotrze. Co mnie zatem zachwyca? Co mnie porusza? Co dociera do mnie?
Emocje. Tomek nie jest doskonały i tę swoją niedoskonałość przekuwa w siłę. To moja ulubiona praktyka. Jak kiedyś napiszę książkę, tak jak Tomek, to opiszę swoje słabości zamieniane w atuty. To właśnie robi Tomek pod brandem Jason Hunt. Hmmm, zdecydowanie wolę nazywać go Jasonem. Jest bardziej sexy 😉 Jason zatem nazywa sprawy oczywiste, codzienne, przyziemne i te, które są blisko nas. To takie sprawy, o których nie rozmawiamy, bo z góry zakładamy, że tematy i wnioski są oczywiste. Otóż nie są i w każdej głowie układają się inaczej. Jason przypomina mi nieco Łukasza Jakóbiaka, którego niedawno poznałam. Jasona nie znam osobiście, bo gdybym znała, zapewne nie kojarzyłby mi się z nikim innym, tylko z samym sobą. Sposób, w jaki jak pisze, zwiastuje oryginalną i charyzmatyczną cielesność 😉 Na razie jednak znajduję analogie w historiach tych dwóch chłopaków. Obaj mówią, że wcale nie byli przystojni, że nie cieszyli się powodzeniem, że nic im nie wychodziło i obaj od początku mieli cel. Obaj cierpliwie starali się ten cel osiągnąć. Ba! Obaj są dziś szczęśliwi i odnieśli sukces. Ach ten błysk w oku Łukasza … <3 To nawet dobrze, że nie znam Jasona, bo mogłabym zacząć bezwiednie do niego wzdychać. Jestem przekonana, że kolo doświadcza tego bardzo często. Panienki go czytają i pragną być z nim blisko. Po prostu. Bo Jason jest wrażliwy, bo Jason ma ładnego pieska, bo Jason jest pewny siebie. Na szczęście Jason, jak sam twierdzi, nie podrywa kobiet, bo zwykle sam bywa zdobywany. Czyli luz. Ja nie podrywam facetów. A już na pewno nie tak zakochanych w sobie 😉
Nie czytam blogów, nie jeżdżę na spotkania blogerów, nie organizuję konkursów – na razie. Zaczynam kreować Extremamę Blogerkę od nowa. Świadomie. Teraz jestem bogatsza o doświadczenia. Życiowe. Mam ciśnienie na bycie sobą. Na nic innego. Dlatego Jason do mnie trafia. Jest jak dobry duch albo mocny kopniak. Choć przyswoiłam jego praktyczne wskazówki na temat pisania bloga i tematyki tekstów i choć zamierzam się bardziej skupić na technicznych kwestiach, bo mój blog ma być ładny i ponętny, to najbardziej trafił do mnie Jason swym płaczliwym tonem. Czytając biblię blogera, płakałam, miałam łzy w oczach, śmiałam się i przytakiwałam. Zdarzało się, że pukałam się w czoło, ale to tylko potwierdza, że Jason jest człowiekiem. Mężczyzną. Znacie moje zdanie o gatunku męskim – pewnych kwestii się nie przeskoczy 😉 Jason wzrusza, udowadnia, że to, co liczy się najbardziej to własna ZAJAWKA. Nawet jeśli jesteś największym dziwolągiem na świecie, nie będziesz szczęśliwy, jeśli zostaniesz kimś innym … – bardziej normalnym, mniej dziwnym, takim jak wszyscy. Trudno, cóż zrobić? Taki żywot ludzi wyjątkowych. Dźwigamy swój krzyż.
Po bardzo praktycznej części książki, popartej przykładami innych blogerów, przeczytałam rozdział dotyczący social mediów. Hmmm, deczko nuda. Taka „dżejsonowa” rozkminka, nieco rozlazła do tego. Dlatego pewnie warto sięgnąć po 3-cią książkę, która z polotem traktuje temat mediów społecznościowych skupiając się tylko na nim. I kiedy myślałam, że już nic ciekawego mnie w tej pierwszej książce nie czeka, Jason zapodał epilog. Nie mogłam przestać go czytać. Wszystko sprzysięgło się przeciwko temu, żebym przeczytała książkę do końca. Zac obudził się w środku nocy, potem ja zasnęłam, następnie była podróż samochodem (za kółkiem nie czytam), a potem znowu zasnęłam. Ech. Doczytałam dopiero dziś rano. O 5:00! Przed wyjściem do pracy. Tak bardzo chciałam skończyć. Przeczytać ostatnie zdanie. Jason wie jak kończyć. Chętnie się tym „skilem” dzieli.
Nie czytam jego bloga, nie śledzę wydarzeń z jego życia, ani akcji reklamowych. Natomiast odkąd zaczęłam czytać jego książki, utwierdziłam się w przekonaniu, że to, jaka jestem, jest moim największym atutem. Tylko moim. Nikt inny z tego nie skorzysta, jeśli ja nie wykorzystam swojego potencjału. Piszę z potrzeb serca, duszy, głowy. Inspiruje mnie wszystko. Niemal w każdym momencie mogę usiąść i napisać tekst. O czymkolwiek. Jason inspiruje i rzuca wyzwania. Nie boję się jego pokrzykiwania. Zbyt dobrze czuję jego słabości. Aaaa, no i rozbroił mnie Jason także. To dobry chłopak jest. Bardzo. Zero hejtu. Nie zamierza nikomu przeszkadzać, uprzykrzać życia, ani wyśmiewać. Jedyne czego pragnie to realizować SWOJE marzenia. Chapeau bas! O to chodzi.
Niektóre wizje Jasona są takie typowo chłopięce, pozornie nie do ogarnięcia. To JEGO wizje. Ja mam swoje. Są NAJLEPSZE.
„Bloger i social media” to poradnik dla blogerów. Zdecydowanie. Jednak, w zależności od tego, jakim jesteś człowiekiem, a nie blogerem, co innego z tej książki zapamiętasz i zastosujesz. Kręci mnie to, że mam się za tę „lepszą”, która rozumie to, co autor miał na myśli, a czego nie napisał. Jason stara się jednak pisać wszystko, bo wie, że nie każdy jest taki rozgarnięty <jak ja 😉 > To dobrze. To czas na oddech. Nie można tak naparzać bez pauzy, bo emocje trawią się powoli.
To był mój pierwszy raz z Jasonem. Nie ostatni.




