10 zasad zdrowej głowy czyli jak spławić toksyczne klimaty.

25 maja 2016

Lustereczko powiedz przecie … czego nauczyli cię rodzice czyli genów nie oszukasz.

25 maja 2016

Another Love czyli kocham Cię najbardziej na świecie…

25 maja 2016

„Kocham Cię najbardziej na świecie. Ciebie. I Ciebie. Was oboje. Ciebie moje dziecko. I Ciebie mój Ukochany. „

„To niemożliwe” – odpowiesz – „nie możesz kochać nas oboje tak samo. Zawsze kogoś będziesz kochać bardziej.”

„Otóż nie. Kocham Was najbardziej. To inne uczucia. Odmienne. Nie można ich porównać. Oba są intensywne, oba mają moc i oba dodają mi skrzydeł. Każde w inny sposób. Nie każ mi wybierać…”

Otóż to. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której stoję przed wyborem – mężczyzna czy dziecko? Jeśli taka zaistnieje, wybór jest oczywisty. Nie kocham kogoś, kto nie rozumie mojej miłości. Nie kocham kogoś, kto nie szanuje moich uczuć i potrzeb. Nie kocham kogoś, kto gubi się w oczekiwaniach na wyrost i nie rozumie, że kontrakt na miłość z każdym ma inne paragrafy i zobowiązania. Czasem są jasno określone, czasem wymagają ciężkiej pracy. Kiedy indziej spełnienie ich nie kosztuje nas nic.

Nic nie kosztuje bezwarunkowa miłość do dziecka. Nie ma drugiej takiej. Nie mówię tu o patologicznej sytuacji, gdy matka z jakiegoś powodu odrzuca własne dziecko. Generalnie, miłość matki do dziecka nie jest wytłumaczalna i trudno pojąć ją komuś, kto rodzicem nie jest. Nie jest to niemożliwe, ale bardzo trudne. To kwestia wzniesienia się na metafizyczny poziom nieuchwytnych emocji i niewytłumaczalnej energii. Uważny obserwator jest w stanie pojąć tę moc i się nią zachwycić. To jednocześnie uczucie, które jest wzorem i można z niego czerpać garściami.

Mój syn nauczył mnie miłości. Poważnie. Zawsze byłam kochliwa. Zakochiwałam się OCZEKUJĄC opieki, troski, przebojowości, czułości… Kilka razy wydawało mi się, że ten to już TEN i tak już zostanie. Łatwo przychodziło mi ułożenie sobie przyszłości w głowie i upajanie się idyllicznym wyimaginowanym obrazkiem. WYIMAGINOWANYM, właśnie. Łatwo kochać ideał, którego nie ma. Równie łatwo się w nim odkochać. Nie od razu było łatwo. Dziś jest. Dziś nie idealizuję. Dziś kocham. Pokłady tego uczucia są nieograniczone i tak, jak można bezwarunkowo, najbardziej na świecie kochać dwoje, troje, czworo … dzieci, tak samo mocno, choć jednak inaczej, można kochać mężczyznę.

U mnie zaczęło się od tego, że zakochałam się w Zachariaszu. W jego istnieniu we mnie, w jego mocy pozbawiania mnie dylematów, w jasnym określeniu priorytetu. Długo nie potrzebowałam nikogo, ani niczego innego. To była moja terapia. Terapia samotności. Nie miałam baby blues’a, ani nie żałowałam, że „wpadłam” i że teraz życie przewróci się do góry nogami. Choć wcześniej kochałam ojca mojego dziecka, gdy okazało się, że zostaniemy rodzicami, w moim sercu nie starczyło miejsca dla mężczyzny. A może to była kwestia nieodpowiedniego mężczyzny? Nie byłam sama i potrzebowałam bliskości. Myślę, że mogłam tę psychoterapię odbyć u boku dzielnego samca i do dziś razem z nim korzystać z tych życiowych, nabytych mądrości. Złożyło się inaczej. Było burzliwie. Zrobiło się samotnie … albo samodzielnie. Ostatni rok to materiał na ciekawą książkę. Świadomie podejmowane decyzje, walka ze strachem i ponoszenie konsekwencji – najlepsza szkoła życia. U boku mego ukochanego syna, w poszukiwaniu ukochanego mężczyzny.

Pewnie, że uważam, że jak się szuka faceta, to się nie znajduje. Właśnie tego się uczyłam – nie szukać. Kochać.

Biorąc pod uwagę moje zapędy do analizowania relacji i dostrzegania detali interakcji, dobrze mi zrobił oddech i status singla. Dałam sobie szansę poczuć brak i potrzebę. Wydawało mi się, że zakochanie już mi nie grozi. Skoro taka jestem teraz świadoma ludzkich ułomności i wiem co jest moją największą siłą, nie będę potrafiła szaleńczo kochać. Teraz wszystko miało być pod kontrolą, na wodzy. Na szczęście moja dzika dusza się nie dała. Serce też nie dało się okiełznać. Jedynie rozum pojął pewną umiejętność racjonalnego tłumaczenia i przekomarzania się z tymi dwoma pierwszymi niesfornymi decydentami – potrafi zapanować nad duszą, żeby ta ukoiła serce. Dlatego, choć chciałabym napisać, że się już nie boję, to napiszę, że … boję się świadomie i … wchodzę w to. Widzę tę metafizykę miłości do mężczyzny. Ona nie jest gorsza od tej bezwarunkowej. Choć nie da się uniknąć kontraktu, weryfikacja oczekiwań i fascynacja wyjątkowością istnienia pozwalają KOCHAĆ SZALEŃCZO.

Smutno jest czuć zazdrość ukochanego mężczyzny o miłość do dziecka. Obawiam się, że jeśli się pojawia, niszczy do tego stopnia, że nie da się już w stu procentach odbudować naiwności kochania i zaufania. Taka zazdrość jest nauczką. Nie wiem czy jest gwarancją, że się nie powtórzy. Na pewno można z niej czerpać i mieć świadomość niszczycielskiej siły. Co innego ludzki niepokój, potrzeba bycia potrzebnym, kochanym. Nad tym warto pracować i ROZMAWIAĆ.

Nie wiem jak to jest wychowywać dziecko z mężczyzną. Nie wiem jak to jest się nie zgadzać w codziennych sprawach lub nie mieć siły na jakiekolwiek „obowiązki” względem partnera, bo dziecko tak nas zmęczyło. Żyję w ciągłym niedosycie – towarzystwa troskliwego mężczyzny, osoby, z którą mogę dzielić się radością i z którą mogę pomilczeć, gdy jest mi źle. Może dlatego teraz wiem, że potrafię – kochać, rozumieć, słuchać i słyszeć. To nie przychodzi samo, bo zarówno zakochane w swoich dzieciach matki, jak i „osieroceni” partnerzy uczą się tej równowagi przez doświadczanie. Dobrze, gdy wokół nie ma „najmądrzejszych” doradców, a sami zainteresowani zakochani mogę wsłuchać się w swoje emocje. I choć już przez całe życie silna kobieta będzie dźwigać na swoich barkach strach o małego człowieka, którego wydała na świat, i choć nie raz wykaże się nadludzką odpowiedzialnością i siłą, często szczególnie na początku tej drogi, potrzebuje dostać fory. Od kochającego partnera właśnie. Partner zostaje na zawsze. Z jego pomocą ukochane dziecko sprawnie pójdzie samodzielnie w świat. Na tej wspólnej drodze nie ma czasu na pretensje, zazdrość, rozżalenie. To czas działania, myślenia, medytacji i uczenia się nowej rzeczywistości. Pewnie właśnie tak to jest. Kochany partner zakocha się w dziecku i nie przestanie kochać jego matki, nawet jeśli ta boryka się z trudnym stanem nagłego wejścia w całkowicie nową rolę. Jednym przychodzi to szybciej, innym później. Ale przychodzi. Z pomocą partnera zawsze szybciej. To ten jedyny czas, kiedy, choć my kobiety godzimy się z tym, że mężczyźni są wiecznymi dziećmi, potrzebujemy, by byli przede wszystkim wsparciem i potrafili machnąć ręką na NAJDZIWNIEJSZE stany naszego umysłu. Taka postawa partnera to zawsze sposób na spokój i harmonię. Jestem pewna, że zakochana kobieta odpłaci się z nawiązką. Ja bym tak zrobiła. Tak robię.

Mam przed oczami tradycyjny obrazek pełnej rodziny. Wzruszam się patrząc na radość mojego syna, na jego nowe osiągnięcia… Robi mi się smutno, gdy orientuję się, że łapię te chwile sama. Klikam kadry, zachowuję w pamięci. Jestem gotowa kochać jeszcze kogoś. To jak pusta szuflada. Posprzątana, wyłożona lawendą na mole. Wkładam do niej te ujęcia wierząc, że ktoś poczuje się częścią naszego świata i nie będzie chciał z szuflady czmychnąć przytrzaskując sobie palce. Miłość bezwarunkową mam w innej szufladzie. Zaraz obok. Codziennie zadziwia mnie, że choć włażą tam różne robale, ona trwa i się wzmacnia. Tak jakby dbała o porządek w tej pustej. Czasem zapraszająco z rozpędu ją wysuwa, do samego końca, tak, że ta spada z hukiem na podłogę. Zbieram ją. I sprzątam od nowa. Następnym razem zamontuję blokady przed wypadaniem…

 

 

Leave a comment